Przeprowadziłam się do Warszawy

Ostatnie 3 tygodnie to była dla mnie prawdziwa jazda bez trzymanki: zbiegły mi się w czasie bardzo stresujące wydarzenia. Zazwyczaj rzadko stresuję się czymkolwiek co nie dotyczy tematu zdrowia, jednak tym razem odczułam na sobie skutki długotrwałego stresu, nadmiaru wypijanej kawy, jedzenia w biegu i ciągłego siedzenia. Pod koniec obudziłam się nad ranem i nie do końca wiedziałam gdzie się znajduję. Bilans ofiar obejmuje dwa nadprogramowe kilogramy, skurcze łydek i prawdopodobnie wysoki rachunek za wodę ze względu na notoryczne pranie. Na szczęście wszystko wróciło do normy i mam w końcu czas, żeby o wszystkim opowiedzieć.

Roller coaster życia

Na początku września byłam zajęta dopracowywaniem pracy magisterskiej, w ramach której przeprowadzałam badania w poznańskich korporacjach. Grupa badana liczyła 100 osób, więc spędzało mi to sen z powiek. Każdy, kto pracuje na pełen etat i jednocześnie studiuje na pewno wie o czym mówię, nie wspominając o ciągłym urywaniu się z pracy, żeby dopełnić formalności w dziekanacie. Nie wiem jak Wy, ale ja nie znoszę załatwiać wszelkich urzędowych/ biurowych spraw, które zjadają mi czas. Oczywiście przez pośpiech złożyłam pracę ze stroną wyrównaną do lewej, zamiast do środka, co- jeśli nie orientujecie się w tematyce PROCEDUR- jest dużym błędem dla dziekanatu. Finalnie pracę złożyłam w poniedziałek.

Tego samego dnia udałam się na zakupy, bo we wtorek miał być ostatni dzień mojej pracy w Poznaniu i chciałam należycie się pożegnać (tj. upiec ciastki, dużo ciastków). Nie będę się rozwodzić emocjonalnie, ale każdy chyba wie, że praca zbliża. Praca z fajnymi ludźmi zbliża jeszcze bardziej, więc był to przykry dzień. Dodam, że mam syndrom strachu przed pożegnaniem, więc podwójna trauma. Podobno jeśli tracisz coś/ kogoś w dzieciństwie, to możesz mieć problem z rozstawaniem w wieku dorosłym np. wolisz przyjaźnić się z byłymi partnerami niż definitywnie rozstawać. To by się zgadzało!

 

W środę czekał mnie zabukowany od kilku miesięcy urlop. Polecieliśmy do Alicante i zwiedzaliśmy rejony Torrevieja/ Elche/ Kartagena. Tydzień odpoczynku pozwolił nabrać mi sił na kolejne wyzwania.  Wszystkim polecam opcję wypożyczenia auta i zwiedzania na własną rękę- jest znacznie więcej frajdy niż jeżdżenie z biurem podróży (chyba, że jesteś kierowcą…). Hiszpania kusi widokami i kojącym, powolnym trybem życia. Hiszpanie są bardzo otwarci i gościnni i praktycznie wszędzie znajdziecie tętniące życiem knajpki z dzbanem Sangria czekającego na gości. We wpisie możecie podziwiać zdjęcia z naszej wycieczki.

Tydzień później wybudzenie z raju nastąpiło o 4:40. Po powrocie do Polski czekała mnie nauka na obronę pracy mgr następnego dnia (!), a chłopaka pakowanie nas do przeprowadzki. Plan był taki, że w czwartek rano „szybciutko się obronię” i równie szybko wrócę do domu, bo na 11:30 mieliśmy transport do… Warszawy. Pominę aspekt nauki do jednego z najważniejszych egzaminów w życiu w jeden dzień- na swoje usprawiedliwienie powiem nieskromnie, że 5 lat nauki, 28 odbytych szkoleń i 2 lata poradni poskutkowały tym, że niełatwo mnie zaskoczyć pytaniem z zakresu akademickiej dietetyki. Oczywiście wiem, że dużo jeszcze nauki przede mną, ale egzaminem się jakoś mocno nie stresowałam: powtórzyłam tylko problematyczne zagadnienia. O północy dostaliśmy smsa, że PanOdTransportu ma miejsce tylko dla jednej osoby, więc musiałam na szybko kombinować przejazd pociągiem. Następnego dnia zgodnie z planem obroniłam się na ocenę bardzo dobrą (yay!) i biegłam w obcasach na autobus, bo okazało się, że PanOdTransportu przyjechał 1,5h wcześniej. Trochę pomogłam w znoszeniu, przekazałam klucze właścicielce i wybiegłam na pociąg. Na miejscu zastałam mojego Gabriela na podwórku z naszymi wszystkimi rzeczami- obecna właścicielka pomyliła klucze. Haha. Czekaliśmy na M., która uwinęła się zaskakująco szybko i uratowała nas właściwymi kluczami. W końcu mogliśmy cieszyć się eee rozpakowywaniem rzeczy. Była 19:00, ciemno, głodno, głucho, ale przynajmniej w domu!

Czy to koniec? Oczywiście, że nie. W piątek obudził nas piękny dźwięk wiertarki wkręcanej wprost w ścianę sypialni. Siódma rano! No halo. Panowie ocieplają budynek, czy coś. Tak się akurat NIEFORTUNNIE ZŁOŻYŁO, że tego dnia mieliśmy jechać z powrotem do Poznania, żeby nasi znajomi nas przenocowali. Później z nimi w sobotę udaliśmy się na wesele moich innych super znajomych do Nowej Soli oddalone o 8h pociągiem od Warszawy. Ech życie. Wesele było świetne, ciepłe i rodzinne, jednak o 23:30 wylądowałam w łóżku eee z dziećmi w wieku 0-1 lat, w pokoju nad imprezą. Po prostu zmęczenie uderzyło mnie bardzo bardzo mocno (Marta, jeśli to czytasz- wybacz mi! PS. Wesele serio było przednie <3). Przy okazji odkryłam nieznaną mi supermoc w uspokajaniu dzieci. Mogę sprzedać te patenty, ale testowałam je dotychczas tylko na jednym bobo, więc nie wiem, czy są uniwersalne. Po weselu znajomi zawieźli nas do domków, z których o 6:00 odebrała nas koleżanka zmierzająca do Poznania. Wsiedliśmy w pociąg i 14:00 byliśmy w Warszawie wypompowani i szczęśliwi. W poniedziałek miałam pierwszy dzień nowej pracy 🙂

Dlaczego Warszawa?

Nie było mi źle w Poznaniu, wręcz przeciwnie. Jednak, po pierwsze- świat jest naprawdę duży i mieszkanie 25 lat w tym samym mieście przyprawiało mnie o nużące westchnienie „tak musi być”. Moja osobowość zawsze dąży do przepchnięcia rozumu na stronę poszukiwania lepszych rozwiązań, nawet jeśli dotychczasowe są zadowalające. Lubię wić swoje gniazdko, ale gniazdko można znaleźć na każdym drzewie, niekoniecznie tym jednym i jedynym. Gdzieś z tylu głowy miałam myśl, że chciałabym tu mieszać, dlatego jak tylko pojawiła się naprawdę dobra okazja- zaryzykowałam.

Po tygodniu mieszkania tutaj mogę stwierdzić, że na razie dokonałam słusznego wyboru. Tempo życia tutaj jest przerażające, ale co najśmieszniejsze- wtedy czuję, że żyję. Lubię jak dzieją się różne rzeczy, jak jestem poddawana bodźcom i nowym wyzwaniom. Warszawa ma fascynującą historię i już planuję kolejne etapy jej zwiedzania. Dzisiaj rozpakowałam ostatni kartonik i czuję się jak w domu.

Co z poradnią? 

W życiu ciężko o kompromisy. Niestety poradnia zostaje zawieszona na najbliższy czas. Natomiast mam w planach intensywny rozwój bloga, z którego na pewno skorzystacie: będzie dużo darmowych diet. Nie zamierzam porzucić dziedziny, jaką jest dietetyka- wręcz przeciwnie. To jest moja pasja, a już za miesiąc biorę udział w kolejnym szkoleniu. Zdradzę tylko, że chcę pójść bardziej w kierunku e-poradni, natomiast jest to plan długoterminowy. Mam dla Was super pomysły na artykuły i eventy, ale wszystko po kolei. Muszę najpierw odżyć w social mediach 🙂

PS. Jeśli potrzebujesz wsparcia specjalisty do spraw logistyki życia- zgłaszam się do pomocy.

One thought on “Przeprowadziłam się do Warszawy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *